WAKACYJNE WSPOMNIENIA RODZINKI ZABIAŁYMPŁOTKIEM

WAKACYJNE WSPOMNIENIA RODZINKI ZABIAŁYMPŁOTKIEM

Udało się! W tym roku wyjechaliśmy na prawdziwy urlop, taki bez komputerów, z ograniczonym dostępem do internetów, z przygodami i atrakcjami. To miały być wymarzone wakacje. Moczenie tyłka w ciepłych basenikach, pyszności z przydrożnych straganów, drinki z palemką gdy dziecko już śpi, jednym słowem dream come true. I wiecie co? Dziś mogę powiedzieć, że się niemal udało.

Ponad dwa miesiące opowiadałam wszystkim jak to wybieram się na cudowne wakacje, chociaż zupełnie nie miałam nic zarezerwowanego. Czekałam grzecznie do ostatniej chwili, bo bałam się, że jak zwykle mały M. wywinie jakiś numerek i z wakacji będą totalne nici. Toteż kilka dni przed wyjazdem usiadłam i postanowiłam, że to już czas zaplanować ten odpoczynek. Wspólnie z G. dokonaliśmy wyboru i rezerwacji, zaplanowaliśmy trasę, zwiedzanie i leniuchowanie. Zostało tylko chuchać na zimne żeby nic nie wyskoczyło w ostatniej chwili, a mały M. żeby był okazem zdrowia. I tu się powtórzę, udało się!

Przyszedł ten dzień, spakowani, gotowi do drogi, podnieceni i idealnie przygotowani wyruszyliśmy. Kierunek? Bieszczady -> Węgry -> Zakopane -> Dom. Najbardziej bałam się samej drogi. Nasz malec, choć przyzwyczajony do podróżowania, jeszcze nie przebył z nami tak długiej drogi w aucie. Oczami wyobraźni widziałam już te stękanie, wiercenie się, płacz nudy i tym podobne. Jak cudownie rozczarowałam się. Mały Tajfun nawet w tak odległej wycieczce czuł się jak ryba w wodzie. Oczywiście pomogły nam bajeczki, książeczki i samochodziki, ale większość jazdy po prostu przespał. Ha! Złote dziecko, darowało rodzicom zbędne stresy. I tak dotarliśmy do pierwszego etapu naszej podróży. Pierwszy przystanek – Pensjonat Widmo (Lawortaski) w malowniczej miejscowości Ustrzyki Dolne. Mieliśmy problem z odnalezieniem naszego miejsca na nocleg, ale po małych poszukiwaniach trafiliśmy. Na totalnym uboczu, tuż przy wyciągu narciarskim, który z pewnością w sezonie zimowym tętnił życiem, zameldowaliśmy się we wspomnianym pensjonacie widmo. Zero żywej duszy… Przywitała nas wyjątkowo dziwna pani i poinformowała, że prawdopodobnie będziemy w pensjonacie sami. W związku z tym miałam dość mieszane uczucia.  Zostawiliśmy nasze podręczne tobołki i postanowiliśmy skorzystać z kilku godzin słonecznego jeszcze dnia. Wybraliśmy się więc nad Solinę. Piękne miejsce, kto był ten wie, szkoda tylko, że turyści go nie szanują, a parkingi są mega drogie. Na słynnej tamie pełno było nie tylko robiących zdjęcia człowieków, ale również śmieci. Niezliczone ilości odpadów, papierków i butelek, fuj..

I tak, mimo otaczających nas śmieci, po cudnym rodzinnym spacerku, wróciliśmy do pensjonatu. Odludzie, tylko my w ogromnym budynku, a wieczorem okazało się, że również zero zewnętrznego oświetlenia. Było ciemno, gwiazdy rozświetliły całe niebo, świerszcze grały na potęgę, a ja zamiast rozkoszować się tym widokiem czułam tylko wewnętrzny niepokój i strach. Jak ktoś czyta dużo fantastyki, to pewnie dobrze mnie tutaj rozumie. Jednakże, kiedy nasz maluch poszedł spać, a my odważyliśmy się wyjść na taras naszego apartamentu, okazało się, że w innych oknach jest światło. Uff… ktoś jeszcze tu mieszka. 🙂 Rano ogarnęliśmy nasze tyłki i wyruszyliśmy do docelowego miejsca naszego odpoczynku. Hajduszoboszlo, here we come!

By dotrzeć do węgierskiego kurortu wakacyjnego, musieliśmy przebyć drogę przez Słowację. Poszło gładko, ale za każdym razem kiedy przejeżdżam przez ten kraj mam tylko jedno uczucie. Tu czas się zatrzymał, świadczy o tym architektura. Więc pomińmy to i przejdźmy do znaczniej piękniejszych Węgier. Niestety nie przywitały nas pola kwitnących słoneczników. Ciut ciut się spóźniliśmy, zostały tylko nieliczne żółte połacie na polach, ale za to droga marzenie. Same autostrady 🙂 istna przyjemność dla podróżnika. Hotel (Plage Hotel) w którym się zatrzymaliśmy był bajkowy. Trafił się nam ogromny apartament z jeszcze większym tarasem, więc już na początku czuliśmy, że wakacje będą w dechę! Jedzenie w hotelu pyszne i przede wszystkim regionalne. Typowo węgierskie potrawy, które tak bardzo uwielbiamy, znów trafione w punkt. Szkoda tylko, że nie mają tam w zwyczaju podawać również napojów do posiłków, ale jakoś specjalnie nam to nie przeszkadzało.

Oczywiście, jak to z moim urlopowym szczęściem bywa, w krainie słońca, w środku lata, pierwszego dnia padało! Nie było mowy żeby wygrzewać się nad basenem i pluskać w wodzie, ale już kolejnego dnia odwiedziliśmy miejscowy AquaPark 😀 Cudowne miejsce. Idealne dla rodzin, ale również dla bezdzietnych. To małe wodne miasteczko, w którym znajdują się nie tylko baseny, termy czy zjeżdżalnie. Są również sklepy, bary, restauracyjki, czyli wszystko w jednym miejscu, w którym można spędzać całe dnie. Atrakcje które się tutaj znajdują, są przystosowane dla ludzi w każdym wieku. Są brodziki po kostki i głębokie baseny dla pływaków. Można wygrzewać się w ciepłych termach, albo pływać w basenie ze sztuczną falą. Atrakcjom nie ma końca, więc zamiast je tu opisywać odsyłam was do strony aquaparku tutaj.

Hajduszoboszlo to wakacyjny raj, szczególnie polecany rodzinom, bo wspominany aquapark jest świetnie dostosowany i nie trzeba jeździć w poszukiwaniu dodatkowych atrakcji. My zdecydowaliśmy się również na wycieczkę do przepięknego Budapesztu. Stolica Węgier pełna jest niesamowitych zabytków, wśród których spacer, przenosi nas do innej epoki. Choć z małym, czasem marudnym dzieckiem, ciężko jest zwiedzać te zakątki. Szczególnie gdy słońce przypieka nas jak na patelni. Jednakże, to co często jest dla wszystkich najważniejsze na wakacjach, czyli ceny, Węgry są istnym Eldorado. Jedzenie w knajpkach, budkach czy sklepach, bilety wstępów itd są wyjątkowo niskie. Chyba nie skłamię, mówiąc że wakacje w tym kraju są tańsze niż w polskich kurortach.

Niestety nawet z najlepszych wakacji trzeba kiedyś wrócić do domu. Nasza podróż powrotna przebiegała przez Zakopane, w którym postanowiliśmy również przenocować i mimo deszczu wjechać na ukochaną Gubałówkę. Zaliczyliśmy również spacer po Krupówkach przy których mieszkaliśmy (OKW Parzenica) i po pobudce w górskich klimatach, wróciliśmy do naszych czterech kątów w Siemiatyczach.

Nasze wakacje nie były długie, osiem dni poza domem, to nie jest zbyt wiele, ale i tak cieszyłam się jak dziecko. W końcu rodzinnie, w końcu sami i w końcu z dala od pracy i codziennych obowiązków. Po kilku ostatnich, zapracowanych latach, chyba nam się należało. Wspaniale, że mieliśmy taką możliwość i już planujemy kolejne podróże. Może tym razem dotrzemy jednak pod te prawdziwe palmy? Hmm, czas pokaże. A jak wam minęły wakacje?

B.

Miejsca w których mieszkaliśmy:

Ustrzyki Dolne – wwwlawortaski.pl
Hajduszoboszlo – www.plagehotel.hu
Zakopane – www.okwparzenica.pl



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *