Lipiec w obiektywie zabiałympłotkiem

Lipiec w obiektywie zabiałympłotkiem

Lipiec tego roku minął jak mrugnięcie oka.  Skończył się zanim na dobre się rozpoczął, ale za to spędziliśmy go nad wyraz intensywnie. Dobrze, że większość udało nam się udokumentować na zdjęciach, bo inaczej mielibyśmy problem z zapamiętaniem wszystkiego co się wydarzyło. Podróżowaliśmy dużo, familijnie spożytkowując czas, jeszcze więcej pracowaliśmy i tworzyliśmy piękne rzeczy oraz wspomnienia. O tym wszystkim za chwilę dowiecie się ciut więcej.

Pierwsze lipcowo-wakacyjne dni spędziliśmy w podróży. Odwiedziliśmy miejsca o których w naszych czterech ścianach rozmawiało się już od jakiegoś czasu. Z przyjemnością powrócimy do nich raz jeszcze. Choć dziś tylko za pomocą zdjęć i zapamiętanych chwil. Wystartowaliśmy w Wilczym Szańcu (o czym jeszcze na blogu przeczytacie niedługo, bo post jest w przygotowaniu). Dziś zdradzimy jedynie, że miejsce to wywarło na nas ogromne wrażenie i skłoniło do bardzo ciekawych dyskusji. Zjadły nas również natarczywe komary, ale o tym akurat staramy się zapomnieć.

Drugi etap naszych lipcowych podróży doprowadził nas do westernowego miasteczka Mrongoville. Małemu M. udało się ukraść wielki worek mamony (ciut szkoda, że fałszywek), a G. odbył karę za kratkami, choć nie skradł nawet ziarenka piasku. Mimo, że w miasteczku czuliśmy się bardzo osamotnieni i ganiał za nami kurz, to z uśmiechem wspominamy tę wyprawę. Więcej pikantnych szczegółów znajdziecie tutaj.

Nie udało nam się zaszyć w bunkrze, ani spotkać Lucky Luke’a, ale za to udało nam się dotrzeć do urokliwego Kętrzyna. Wycieczka dla duszy, spotkanie z historią i nietuzinkowymi reliktami przeszłości. Chwile, które minęły w podniosłej atmosferze, a może nawet ciut w zadumie. Niestety niewielka ilość czasu nie pozwoliła nam na zwiedzenie całego miasta i teraz już wiemy, że koniecznie musimy tam wrócić. Raz jeszcze poczuć orzeźwiająca bryzę miejskiej fontanny i poznać każdy zakamarek tego miasteczka.

Na lipiec zaplanowaliśmy jeszcze jedną wycieczkę. Niestety nie udało nam się dotrzeć na miejsce, ponieważ nasze kochane autko miało gorszy dzień. Zwyczajnie zarzuciło focha na nasze wyjazdy i nakazało odpoczynek. Wyprawa pod hasłem Hej przygodo! zakończyła się już po 80 km, a nam pozostało wrócić do naszego miasteczka i wybrać się na rodzinny spacer. Z racji pięknej wówczas pogody nasz synek nie mógł się oprzeć, aby choć paluszka nie zanurzyć w wodzie. Oczywiście zakończyło się to ochlapaniem każdego i powrotem do domku w lekko mokrych ciuszkach. Radość przeogromna! Więc mimo focha Zosieńki (tak nazywa się nasze wozidełko), dzień był wyjątkowo udany.

Podróżom nie było końca. Odwiedziliśmy również naszą ostoję spokoju. Miejsce, które ukrywamy przed światem i w którym zaszywamy się jak tylko mamy okazję chwilę odpocząć. Jednakże dziś nie dowiecie się jeszcze gdzie tak skutecznie się chowamy. Przejdę więc do innych uchwyconych chwil. Remont, remoncik, remontunio – rozpoczął się w połowie lipca i jeszcze chwilę potrwa. Mówimy tu o metamorfozie salonu według naszego projektu, na życzenie bardzo wyjątkowych klientów. O wszelkich perypetiach z tym związanych dowiecie się również na blogu, jak tylko zostaną dopieszczone wszystkie elementy wystroju. Nie odbyło się bez różnych trudności… ale cicho B.! Już nic, a nic nie zdradzam. Wyczekujcie!

Powiedziałam, że to koniec podróży, a nie prawda. Przecież odwiedzaliśmy również naszą najbliższą okolicę. Cudowne, maleńkie miasteczko o wdzięcznej nazwie Drohiczyn. Góra Zamkowa – to był nasz cel. Nasycić się widokiem Bugu. Zobaczyć jak jego wody zamieniają się w gigantyczne lustro. Poczuć zapach świeżego powietrza, niewystępującego w zatłoczonych miasteczkach. To był jedynie krótki spacer, ale jakże mocno zregenerował nasze umysły i ciała. Wam również polecamy czasem po pracy wyskoczyć gdzieś za miasto, zamiast biec do garów czy miotły. Uwierzcie, że kurz wam nie ucieknie, będzie tam kiedy wrócicie. Kanapę również znajdziecie w tym samym miejscu, gdzie stała wcześniej, a TV nie dostanie nóg i nie pójdzie w odwiedziny do sąsiada.

Pod koniec miesiąca pogoda wyjątkowo dopisała, a my oczywiście nie mieliśmy już możliwości wyskoczyć gdzieś na dłużej. Zanim mały M. wyjechał na wczasy z dziadkami udało się skorzystać z naszej miejskiej plaży. Co robi największe wrażenie na dzieciach? Gigantyczna piaskownica! Dla naszego synka plaża to raj do grzebania, sypania i biegania. Zaraz potem chlup do wody, tarzanie się w piachu i znowu do kąpieli. Taka zabawa mogłaby nie mieć końca. Jeśli wasze dzieciaki też tak mają, to z pewnością wasz plażing wygląda podobnie do naszego. Zero leżenia, smażenia się i relaksującego moczenia stópek. Tylko bieg za tymi malutkimi nóżkami, które jakimś cudem nigdy nie czują zmęczenia.

Po wyjeździe naszego maluszka nadszedł czas dla nas! Wybraliśmy się więc na wieczorne kino plenerowe. Taką atrakcję oferuje już coraz więcej miast w Polsce, a nam w końcu udało się dotrzeć. Co prawda wyświetlana była akurat bajka, z której pewnie mały M. ucieszyłby się dużo bardziej niż my. Jednakże późna pora wyświetlania sprawia, że będzie mógł skorzystać z takiego seansu dopiero za kilka latek. Kino plenerowe to świetna forma wypoczynku i relaksu, ale również okazja do spędzenia czasu w gronie przyjaciół. Jedni oglądają, drudzy plotkują, a jeszcze inni biegają za dziećmi, które nie potrafią usiedzieć na leżaku. Atmosfera rodzinna i radosna – zdecydowanie do powtórzenia. Może następnym razem trafimy na jakiś seans dla dorosłych.

Musimy pochwalić się jeszcze nowymi nabytkami. Jak na książkożerców przystało zasililiśmy swoją bibliotekę nowymi pozycjami. Jedna z nich szczególnie mnie ucieszyła, bo tej premiery wyczekiwałam. Mowa tu o książce Tatiany Luz. Mam swój ukochany egzemplarz z autografem i pochłaniam ją wieczorami (tutaj muszę dodać: Dziękuję Aniu!). Jestem już bliska końcowej okładki więc niedługo recenzją tej pozycji podzielę się z wami na blogu.

 Korzystając z okazji chcemy również pogratulować ukochanemu Tatusiowi kolejnego sukcesu. Choć tym razem nie mieliśmy okazji kibicować, obiecujemy nadrobić. Tatku jesteś naszym mistrzem wędkowania i inspiracją do rozwijania naszych pasji. Niezmiennie od wielu lat dbasz i realizujesz się w swoim hobby. Tego nasz nauczyłeś i tak samo staramy się postępować w życiu. Mamy nadzieję, że małemu M. również razem pokarzemy jak to robić. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez wsparcia Mamusi, a twojej żony. Apel do kobitek: pamiętajcie, że pasje mężów trzeba wspierać i pomagać rozwijać, nawet jeśli nie do końca je aprobujecie. Mamo dziękuję, że pozwoliłaś mi próbować wszystkiego co chciałam.

 Rozpisałam się, podzieliłam zdjęciami i z pewnością o czymś zapomniałam. Lipiec był bardzo intensywny, ale równocześnie satysfakcjonujący. Ciekawi nas co wy robiliście, czy odwiedziliście ciekawe miejsca, czy w deszczowe dni przylepialiście nos do szyby i zaszywaliście się pod kołdrą? Muszę przyznać, że nam się zdarzyło. Po minionych dniach, wspominając te chwilę, czując oznaki zmęczenia, a czasem wyczerpania, wiem jedno: jestem szczęśliwa!

Drogi Lipcu: do zobaczenia za rok.

B.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *