Chwila oddechu w Janowie Podlaskim

Chwila oddechu w Janowie Podlaskim

Wiesz jak to jest kiedy żyjesz w ciągłym biegu? Mogę o tym trochę pogadać. Codziennie wstaję rano o pięknej i nieprzyzwoitej godzinie 5:00. Mój budzik ma na imię Mirosław i jak tylko otworzy swoje piękne oczęta woła: Maaaaaamooooo! Tak więc podnoszę się, oczy wciąż zalepione, drepczę do jego pokoiku, zakładam szeroki uśmiech na twarz i witam się z naszym brzdącem. Konieczny przytulas i buziak, a potem krótka chwila wytchnienia na kanapie, tylko po to aby zebrać siły, bo już za sekundkę rozpoczynamy wspólny dzień. Mirek oczywiście pełen energii już stoi na nogach i ciągnie mnie do zabawy, a w mojej głowie głośny krzyk: Kaaaaaawa! Gdzie kaaaaaawa? Dawaj, już!

I tutaj na ratunek przybywa G., który pospiesznie szykuje nam cieplutką, aromatyczną kawusię. Gdybyś sądził/a, że mogę ją sobie spokojnie wypić, to muszę rozwiać twoje wątpliwości. Już od porannych chwil biegamy za naszym malcem, a kawę kradniemy po łyczku, gdy tylko nadarzy się okazja. I nagle bum! Już 6:30 a my w proszku. Pospiesznie zmieniamy się w łazience, zakładam na siebie ciuszki, ogarniam szybki fryz i najszybszy makeup świata. Coś tam wrzucę do torebki na śniadanie (lub nie) i zaraz pędzimy do żłobka. Ok, mały odstawiony, można wskoczyć jeszcze do sklepu po brakujące śniadanie lub śniadaniowe produkty, a potem pędem do firmy. Otwieramy i działamy. Jeśli jeszcze nie wiesz, zajmujemy się reklamą. Mamy taką firemkę w małym podlaskim mieście o wdzięcznej nazwie Siemiatycze. Cholerka, jak się tu przeprowadziłam, miałam nadzieję, że będę żyć wolniej. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Z wolniej wyszła figa z makiem, ale jestem happy, a to najważniejsze.

Firma otwarta, praca wre, klienci są. Tylko jakoś tak magicznie plan pracy każdego dnia legnie w gruzach. To nic, przecież potrafię szybko się organizować. Przeplanowuje, spinam tyłeczek i działam dalej. Zerkam na zegarek 15:00, no i się napracowałam… Już czas lecieć odebrać brzdąca, a ja mam jeszcze tonę karteluszek i pełną listę TO DO w moim kajecie. Jedziemy, odbieramy M. wracam z nim do mieszkanka, albo lecimy na spacer. Bo przecież jak pogoda dopisuje, nie będziemy siedzieć w 4 ścianach. G. wraca do firmy, on jeszcze musi nadganiać, a my wędrujemy. Kurczę niech ta nasza działeczka już będzie gotowa, to będziemy siedzieć na kocyku, grzebać w piachu czy bujać się na hamaku. Odliczam dni do tych atrakcji.

Pomijając dziś temat działki, G. w końcu wraca z pracy, i co? Jest 18:00. Nie no, kupa czasu jeszcze prawda? Otóż nie.. Mamy tylko 2h dopóki M. położy się spać. I co to niby człowiek zdąży zrobić? Może zakupy, może jakaś wspólna zabawa, może coś podjedziemy załatwić bo nie zdążyliśmy w trakcie pracy. Jednym zdaniem: potrzeb ogrom, a te dwie godzinki są jak chwila. Wykorzystujemy je na maksa, a potem już Mireczek śpi. I znowu praca, zasiadamy do komputerów, trzeba nadganiać. Damy radę, klienci czekają, liczą na nas. Jesteśmy i dotrzymamy terminów. Ok robota zrobiona. Która to godzina? 22:00 Łaaaaaaaał, jest nieźle, to może poczytam książkę przed snem. Otwieram, czytam, już 5 stron za mną, ok 6, zaczynam 7 stronę…. a oczy już zamknięte. Kurtyna.

I tak dzień po dniu. Bieg jest super, człowiek lepiej się organizuje. Dużo pracy, jeszcze lepiej, jest za co płacić rachunki. Jednakże trzeba czasem złapać chwilę oddechu. Ponieważ nie potrafimy leżeć plackiem, a mały M. to już na pewno nie potrafi, wybieramy aktywny wypoczynek. Najchętniej wyjeżdżamy, zwiedzamy, spacerujemy, próbujemy nowych dań, rozkoszujemy się brakiem komputerów i nie odbieramy telefonów (chyba, że od dziadków, od nich zawsze trzeba odbierać). Jakoś niedawno udało nam się zregenerować umysły w pobliskim Janowie Podlaskim.

To taka słynna miejscowość, wszystkim kojarzy się z konikami. Faktycznie jest tam Stadnina Koni i właśnie do niej się udaliśmy. Pogoda była cudowna, grzech było by nie skorzystać. Na miejscu przywitała nas oszałamiająca, żywa zieleń. Czy widzieliśmy koniki? Coś tam nam mignęło.. Jednakże wygląda na to, że stadnina nie tętni już pełnią życia, jak dawniej. Koni jak na lekarstwo, stajnie świecą pustkami, ale przynajmniej jest pięknie. Alejki cieszą zielenią, zapach wsi unosi się w powietrzu, a zabytkowa architektura cieszy oko. Długi spacer, pamiątki, kilka zdjęć i udało się zapomnieć o tym stworzeniu, które ciągle mnie goni. Nazywają go Struś Pędziwiatr, znacie?

B.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *