A Tomek powiedział… odcinek 5

A Tomek powiedział… odcinek 5

A Tomek powiedział:
– Jak słucham o Twoich przygodach komunikacyjnych, to myślę, że na wsi żyje się łatwiej.
Odpowiedziałam:
– Oj, tak!

Po siedmiu latach mieszkania na wsi i wożenia dupska samochodem przeżywam intensywny romans z warszawską komunikacją miejską. Po dwóch tygodniach jestem niczym lokomocyjny ninja! Chyba wiem już wszystko, ale nadal jestem czujna jak ważka. A nuż znowu zgubię się w warszawskim metrze, które ma całe dwie linie: M1 i M2. A M2 ma aż siedem stacji! I tu właśnie się zgubiłam. Przeklęta stacja Świętokrzyska!!! Za to pojeździłam sobie schodami ruchomymi. Kto z nas w dzieciństwie nie lubił jeździć schodami? Pamiętam wycieczki do Domów Towarowych Centrum i to, co uwielbiałam najbardziej, czyli przejażdżki góra–dół, dół–góra. Dopiero później siostry odkryły przede mną Hoffland (info dla młodszego pokolenia: Hoffland – pierwsza polska sieciówka, mieć coś z Hofflandu to był SZTOS*!!!).

Wbrew pozorom poruszanie się metrem nie jest takie proste. Tych stacji jest niewiele, ale jak nie znasz ich na pamięć i nie słuchasz Tomasza Knapika (bo zaczytałaś się na przykład w przygodach Herkulesa Poirota), możesz przegapić właściwą. Ważne jest też, do którego wagonu wsiadasz. Tam, gdzie wsiądziesz, tam potem wysiądziesz. Pójdziesz do pierwszego lepszego wyjścia z metra i wyjdziesz… huk wie gdzie. W takim przypadku masz dwa rozwiązania: wracasz do podziemi i szukasz rozpaczliwie swojego wyjścia lub włączasz GPS w telefonie i prosisz go ładnie, aby zaprowadził cię do domku.

Kolejna rzecz, o której trzeba pamiętać, to przyciski. Magiczne przyciski w drzwiach wagonów metrowych i tramwajowych, a nawet w niektórych modelach autobusów. Jak nie wciśniesz, to ci się nie otworzą. Podjeżdża środek lokomocji, gapisz się jak wół na malowane wrota, bo ludzie wsiadają innymi drzwiami, a twoje zamknięte. Szepczesz cichutko: „ABRAKADABRA” i nic. W końcu podchodzi miły człowiek i wciska magiczny przycisk. Oczywiście to tylko takie teoretyczne rozważania 😉

Z praktyki powiem, że zaskoczyły mnie w Warszawie przystanki na żądanie. Myślałam, że to tylko u mnie na wsi ludzie machają ręką, aby zatrzymać autobus. Idę sobie na przystanek, sprawdzam rozkład jazdy. Mam swój autobus za pięć minut. Grzecznie czekam. Kiedy widzę zbliżający się numer 109, podchodzę do krawężnika. I co? I nic! Kierowca gaz i rura. A ja stoję zdębiała. Ale hello! Ale o co chodzi? Odwracam łeb i widzę napis: „PRZYSTANEK NA ŻĄDANIE”. Po sprawdzeniu rozkładu jazdy postanawiam iść na kolejny przystanek, bo nie chce mi się czekać trzydziestu minut. Teraz już jestem mądrzejsza. Po dojściu na miejsce od razu sprawdzam: tak, też na żądanie. I kiedy widzę nadjeżdżające 109, rzucam się prawie pod koła. Udało się! Stanął! I znowu sukces. Chyba że kierowca jest nerwowy lub ma jakieś problemy natury hm… psychologicznej i jeździ niczym Robert Kubica, a pasażerami rzuca jak ziemniakami na furmance. Jeżeli wiem, że będę musiała jechać autobusem, to na wszelki wypadek mało jem, bo mam wrażliwy żołądek. Z tego, co zauważyłam, tylko ja. Na innych pasażerach wyczyny kierowców nie robią wrażenia.

Poruszając się po stolicy, trzeba być bardzo uważnym. Ci, którzy trenują uważność w swoim życiu, mają na pewno łatwiej. Ja na razie zrobiłam pierwszy krok i kupiłam sobie kilka książek na ten temat, na przykład „Potęga teraźniejszości”, „Mindfulness. Trening uważności. Jak znaleźć spokój w pędzącym świecie?”.

Czekam wieczorem na tramwaj. Podjeżdżają dwa. Wszyscy pchają się do pierwszego. „Dziwne – myślę. – Pewnie lubią tłok”. Wsiadam wyluzowana do drugiego i jadę… prosto do zajezdni tramwajowej. Nie zwróciłam uwagi na żółte tabliczki: „ZJAZD DO ZAJEZDNI”.

Tramwaje to w ogóle bardzo niebezpieczny środek lokomocji, szczególnie dla mnie. Po przejechaniu kilku przystanków pojawiają się u mnie wzmożone objawy menopauzy. Pocę się jak mysz w połogu. Wyglądam jak po intensywnym aquarobiku. W sobotę podjęłam w końcu męską decyzję: zapiszę się do ginekologa i niech sprawdzi dokładnie, co ze mną jest. Ale może odpowiedniejszy byłby psychiatra?

*właśnie dowiedziałam się od córki, że SZTOS jest wyrażeniem obciachowym. Podtekst: ja też jestem obciachowa 🙁

Anna Sekielska



1 thought on “A Tomek powiedział… odcinek 5”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *