KARTKOWANIE

ZAPACH SUSZY – THRILLER NA MIARĘ NASZYCH CZASÓW

ZAPACH SUSZY – THRILLER NA MIARĘ NASZYCH CZASÓW

Po gatunku fantasy, czy horrorach, to właśnie kryminał/thriller jest tym, który zajmuję znaczną część naszej skromnej (jeszcze) biblioteczki. Jednak kilka woluminów z tej tematyki cenię sobie najbardziej. Są to trylogia „SEJF” oraz „Zapach suszy” autorstwa Tomasza Sekielskiego. I tym razem właśnie na tym ostatnim tytule skupię swoją uwagę.

(więcej…)


NAJNOWSZE WPISY

Morza szum ptaków śpiew złota plaża pośród drzew… Park Morza Lądy Oceany

Morza szum ptaków śpiew złota plaża pośród drzew… Park Morza Lądy Oceany

Nucę sobie tą starą piosenkę Czerwonych Gitar i wspominam naszą niedawną wycieczkę nad morze, które mieści się na Podlasiu. Niemożliwe? A jednak! Mimo, że brakuje u nas dostępu do plaży i skrzeczących mew, mamy możliwość poczuć we włosach wiatr i poznać morskie stworzenia. Po środku […]

Chleb który nie czerstwieje

Chleb który nie czerstwieje

„A za naszym domkiem będzie sad zielony, Ślicznymi kwiatkami pięknie zasadzony, A za sadem pole z żytem, jak potrzeba, Żeby żaden głodny nie odszedł bez chleba.” Maria Konopnicka Nasz domek Nie znam domu, w którym chleba się nie jada. Nie znam człowieka, który choć raz […]

Wolfsschanze – podróż do mrocznej części historii

Wolfsschanze – podróż do mrocznej części historii

Już od młodych lat fascynowała mnie historia. Najpierw starożytna, owiana legendami, mitami i faraonami. Potem przyszedł zachwyt okresem średniowiecza, czasami krucjat i rycerstwa na miarę Króla Artura. Jednak z największym skupieniem „studiowałem” czasy Wielkich Wojen XX wieku. Ta ostatnia, która dotknęła naszą planetę okazała się dla mnie nad wyraz interesująca – jeśli mogę tak to ująć. Jej ogrom, strategie jakie wymyślano, nowinki techniczne, które zastosowano, czy kluczowe bitwy – to było coś, co budziło mój podziw i przerażenie jednocześnie. Coś, co wciągało mnie na tyle, że potrafiłem odmówić kolegom na wspólny wypad, czy „pokopanie gały”.

Pamiętam opowieści mojego Taty, gdy zaczęło się moje urzeczenie tą tematyką, że niedaleko Kętrzyna – w Gierłoży jest stara forteca z czasów II Wojny Światowej, w której rezydował wódz III Rzeszy Adolf Hitler. Opowiadał jak gigantyczne tam są bunkry. Jak grube mają ściany oraz o tym, że na nich rosną nawet drzewa. Od tego momentu zapragnąłem odwiedzić to miejsce.

Długo to trwało, ale jedna z naszych podróży zawiodła nas właśnie tam. Do miejsca opowieści mego Taty. Do miejsca, które nakreśliła historia…

Dojazd do Gierłoży nie jest wcale taki prosty. Wąskie i bardzo kręte drogi (z racji swego strategicznego punktu) nie pozwalały na rozwinięcie większych prędkości, więc sama wyprawa trwała znacznie dłużej niż się tego spodziewaliśmy. Jednak dotarliśmy na miejsce i na samym wjeździe „przywitała” nas kolumna starych, wojskowych pojazdów z tego okresu. Już na parkingu podeszła do nas Pani i zaproponowała swoje usługi jako przewodnik. Jednak grzecznie odmówiliśmy, że względu na to, że mały M. nie dałby nam się skupić na opowieściach, które miałaby nam do przekazania, bo najzwyczajniej nie lubi stać długo w jednym miejscu.  Teraz wiem, że był to błąd, że nie skorzystaliśmy z propozycji Pani Przewodnik, ale o tym ciut później.

Wilczy Szaniec okazał się jeszcze bardziej fascynujący, aniżeli tatowe opowieści. Zobaczyć te wszystkie budynki (z których większość niestety, to ruina), w których rezydowali najważniejsi możni III Rzeszy było niczym sen na jawie. Atmosfera jaka towarzyszyła nam podczas zwiedzania niemalże przenosiła nas w tamte czasy. Majestatyczne budowle budziły w nas grozę i zafascynowanie w tym samym momencie. I tu postaram się dosłownie w pigułce nakreślić rys historyczny Wolfsschanze.

Nazwa wzięła się od pseudonimu führera „WOLF”.  Poza tym ufortyfikowanym terenem A.H. miał jeszcze 3 w Europie o podobnie brzmiących nazwach (Wilczy Jar I i II oraz Wilkołak). Umiejscowienie kwatery było strategicznie wręcz idealne. Otoczone od wschodu i zachodu jeziorami, a od północy bagnami tereny powodowały, że Wilczy Szaniec był fortecą niemalże nie do zdobycia wojskom lądowym. Budowę rozpoczęto we wrześniu 1940 roku i wciąż ją rozbudowywano do późnej jesieni 1944 roku. Na terenie ok. 2,5 km2 stale pracowało ok. 1500 osób. Było ponad 100 różnych zabudowań. Od baraków po bunkry lekkie, na bunkrach ciężkich kończąc. Tak dla niewtajemniczonych, to ściany bunkra ciężkiego miały łącznie 8m grubości i żadna konwencjonalna bomba II WŚ nie była w stanie zniszczyć takiej budowli. Cały teren był bardzo dobrze zamaskowany siatkami maskującymi. Ściany bunkrów były wykładane trocinami i trawą morską. A na stropach niektórych bunkrów były specjalne zagłębienia wypełnione ziemią, na których siano trawę i sadzono drzewa. Tatko mówił prawdę. 😉 Wszystko to wieńczył pas pola minowego o łącznej długości 10km. Największy bunkier był zajmowany przez sztab Wehrmachtu, natomiast A.H. rezydował w bunkrze najbardziej wysuniętym na północ z numerem 13. Z tego miejsca kreowano losy ówczesnego świata. Tu podejmowano wszystkie decyzje o ruchach wojsk, jak też i te związane z funkcjonowaniem Rzeszy. Nie wypada tu nie wspomnieć płk. Clausa Schenka von Stauffenberga, który 20 lipca 1944 roku przeprowadził nieudany w rezultacie zamach na życie Adolfa Hitlera. 24 stycznia 1945 wycofująca się armia niemiecka wysadziła Wilczy Szaniec, a wchodząca Armia Czerwona dokończyła dzieła zniszczenia. Warto dodać, że rozminowanie tego terenu trwało 10 lat i zostało okupione znaczną liczbą ofiar. Wydobyto ponad 54 tysiące różnego rodzaju min. Dzięki temu ruiny tej fortecy możemy dziś oglądać. Miała być historia w pigułce, ale wierzcie mi, że nie da się historii tego miejsca krócej streścić.

Na koniec kilka istotnych informacji, które warto żebyście wzięli do serca planując zwiedzanie. Polecamy Wam skorzystać z usług Przewodnika. My tego nie zrobiliśmy tylko ze względu na małego M. Jednak ci ludzie mają ogromną wiedzę na temat Wilczego Szańca i znają wiele ciekawych, niekiedy mrocznych, a niekiedy interesujących faktów. Następnym razem (bo takowy nastąpi) na pewno zwiedzanie zaczniemy z przewodnikiem.  Zwiedzanie „na luzaka” potrwa niecałą godzinę i nie będzie „okraszone” ciekawymi opowieściami. Kolejna sprawa, to odzież. Zdecydowanie polecamy ubrać się w coś z długim rękawem i spodnie. A to wszystko za sprawą gigantycznej ilości komarów. Warto mieć ze sobą aparat fotograficzny lub przynajmniej telefon z dobrym aparatem, ponieważ zdjęcia tam zrobione utrwalą Wam niesamowite spotkanie z historią.

Wszystkim tym, którzy są w mniejszym lub większym stopniu zafascynowani tajemniczymi, historycznymi miejscami gorąco polecamy podróż do Wolfsschanze. Powinna to być dla Was okazja do poznania historii na żywo. I tu cytując jeden z drukowanych przewodników autorstwa Ireny i Henryka Dziadków: „Oby te bunkry i ich ruiny były przestrogą przed wszelką formą totalitaryzmu i terroryzmu.”

G.

MÓJ KOSZYK INSPIRACJI #2

MÓJ KOSZYK INSPIRACJI #2

Dzień inspiracji czas start. Kolejna środa w kalendarzu i kolejny dzień w którym poszukiwania rozpoczęłam od samego rana. Przeklikanie setek stron internetowych i przerzucanie kart czasopism sprawia mi zawsze ogromną przyjemność. Oczywiście z towarzystwem mojej ukochanej przyjaciółki, filiżanki pysznej kawy. Znajomi pytają czy nie zwariowałam […]

Powrót do dzieciństwa i bujanie w obłokach czyli huśtawka w domu

Powrót do dzieciństwa i bujanie w obłokach czyli huśtawka w domu

Cofnijmy się do dzieciństwa. Pamiętam, że gdy byłam jeszcze małym brzdącem, biegnąc na plac zabaw pod blokiem powtarzałam sobie – Żeby tylko huśtawka była wolna, żeby tylko chociaż jedna. Uwielbiałam bujać się wysoko i wyżej i wyżej, czuć powiew wiatru na skórze i bujać w obłokach, […]

Lipiec w obiektywie zabiałympłotkiem

Lipiec w obiektywie zabiałympłotkiem

Lipiec tego roku minął jak mrugnięcie oka.  Skończył się zanim na dobre się rozpoczął, ale za to spędziliśmy go nad wyraz intensywnie. Dobrze, że większość udało nam się udokumentować na zdjęciach, bo inaczej mielibyśmy problem z zapamiętaniem wszystkiego co się wydarzyło. Podróżowaliśmy dużo, familijnie spożytkowując czas, jeszcze więcej pracowaliśmy i tworzyliśmy piękne rzeczy oraz wspomnienia. O tym wszystkim za chwilę dowiecie się ciut więcej.

Pierwsze lipcowo-wakacyjne dni spędziliśmy w podróży. Odwiedziliśmy miejsca o których w naszych czterech ścianach rozmawiało się już od jakiegoś czasu. Z przyjemnością powrócimy do nich raz jeszcze. Choć dziś tylko za pomocą zdjęć i zapamiętanych chwil. Wystartowaliśmy w Wilczym Szańcu (o czym jeszcze na blogu przeczytacie niedługo, bo post jest w przygotowaniu). Dziś zdradzimy jedynie, że miejsce to wywarło na nas ogromne wrażenie i skłoniło do bardzo ciekawych dyskusji. Zjadły nas również natarczywe komary, ale o tym akurat staramy się zapomnieć.

Drugi etap naszych lipcowych podróży doprowadził nas do westernowego miasteczka Mrongoville. Małemu M. udało się ukraść wielki worek mamony (ciut szkoda, że fałszywek), a G. odbył karę za kratkami, choć nie skradł nawet ziarenka piasku. Mimo, że w miasteczku czuliśmy się bardzo osamotnieni i ganiał za nami kurz, to z uśmiechem wspominamy tę wyprawę. Więcej pikantnych szczegółów znajdziecie tutaj.

Nie udało nam się zaszyć w bunkrze, ani spotkać Lucky Luke’a, ale za to udało nam się dotrzeć do urokliwego Kętrzyna. Wycieczka dla duszy, spotkanie z historią i nietuzinkowymi reliktami przeszłości. Chwile, które minęły w podniosłej atmosferze, a może nawet ciut w zadumie. Niestety niewielka ilość czasu nie pozwoliła nam na zwiedzenie całego miasta i teraz już wiemy, że koniecznie musimy tam wrócić. Raz jeszcze poczuć orzeźwiająca bryzę miejskiej fontanny i poznać każdy zakamarek tego miasteczka.

Na lipiec zaplanowaliśmy jeszcze jedną wycieczkę. Niestety nie udało nam się dotrzeć na miejsce, ponieważ nasze kochane autko miało gorszy dzień. Zwyczajnie zarzuciło focha na nasze wyjazdy i nakazało odpoczynek. Wyprawa pod hasłem Hej przygodo! zakończyła się już po 80 km, a nam pozostało wrócić do naszego miasteczka i wybrać się na rodzinny spacer. Z racji pięknej wówczas pogody nasz synek nie mógł się oprzeć, aby choć paluszka nie zanurzyć w wodzie. Oczywiście zakończyło się to ochlapaniem każdego i powrotem do domku w lekko mokrych ciuszkach. Radość przeogromna! Więc mimo focha Zosieńki (tak nazywa się nasze wozidełko), dzień był wyjątkowo udany.

Podróżom nie było końca. Odwiedziliśmy również naszą ostoję spokoju. Miejsce, które ukrywamy przed światem i w którym zaszywamy się jak tylko mamy okazję chwilę odpocząć. Jednakże dziś nie dowiecie się jeszcze gdzie tak skutecznie się chowamy. Przejdę więc do innych uchwyconych chwil. Remont, remoncik, remontunio – rozpoczął się w połowie lipca i jeszcze chwilę potrwa. Mówimy tu o metamorfozie salonu według naszego projektu, na życzenie bardzo wyjątkowych klientów. O wszelkich perypetiach z tym związanych dowiecie się również na blogu, jak tylko zostaną dopieszczone wszystkie elementy wystroju. Nie odbyło się bez różnych trudności… ale cicho B.! Już nic, a nic nie zdradzam. Wyczekujcie!

Powiedziałam, że to koniec podróży, a nie prawda. Przecież odwiedzaliśmy również naszą najbliższą okolicę. Cudowne, maleńkie miasteczko o wdzięcznej nazwie Drohiczyn. Góra Zamkowa – to był nasz cel. Nasycić się widokiem Bugu. Zobaczyć jak jego wody zamieniają się w gigantyczne lustro. Poczuć zapach świeżego powietrza, niewystępującego w zatłoczonych miasteczkach. To był jedynie krótki spacer, ale jakże mocno zregenerował nasze umysły i ciała. Wam również polecamy czasem po pracy wyskoczyć gdzieś za miasto, zamiast biec do garów czy miotły. Uwierzcie, że kurz wam nie ucieknie, będzie tam kiedy wrócicie. Kanapę również znajdziecie w tym samym miejscu, gdzie stała wcześniej, a TV nie dostanie nóg i nie pójdzie w odwiedziny do sąsiada.

Pod koniec miesiąca pogoda wyjątkowo dopisała, a my oczywiście nie mieliśmy już możliwości wyskoczyć gdzieś na dłużej. Zanim mały M. wyjechał na wczasy z dziadkami udało się skorzystać z naszej miejskiej plaży. Co robi największe wrażenie na dzieciach? Gigantyczna piaskownica! Dla naszego synka plaża to raj do grzebania, sypania i biegania. Zaraz potem chlup do wody, tarzanie się w piachu i znowu do kąpieli. Taka zabawa mogłaby nie mieć końca. Jeśli wasze dzieciaki też tak mają, to z pewnością wasz plażing wygląda podobnie do naszego. Zero leżenia, smażenia się i relaksującego moczenia stópek. Tylko bieg za tymi malutkimi nóżkami, które jakimś cudem nigdy nie czują zmęczenia.

Po wyjeździe naszego maluszka nadszedł czas dla nas! Wybraliśmy się więc na wieczorne kino plenerowe. Taką atrakcję oferuje już coraz więcej miast w Polsce, a nam w końcu udało się dotrzeć. Co prawda wyświetlana była akurat bajka, z której pewnie mały M. ucieszyłby się dużo bardziej niż my. Jednakże późna pora wyświetlania sprawia, że będzie mógł skorzystać z takiego seansu dopiero za kilka latek. Kino plenerowe to świetna forma wypoczynku i relaksu, ale również okazja do spędzenia czasu w gronie przyjaciół. Jedni oglądają, drudzy plotkują, a jeszcze inni biegają za dziećmi, które nie potrafią usiedzieć na leżaku. Atmosfera rodzinna i radosna – zdecydowanie do powtórzenia. Może następnym razem trafimy na jakiś seans dla dorosłych.

Musimy pochwalić się jeszcze nowymi nabytkami. Jak na książkożerców przystało zasililiśmy swoją bibliotekę nowymi pozycjami. Jedna z nich szczególnie mnie ucieszyła, bo tej premiery wyczekiwałam. Mowa tu o książce Tatiany Luz. Mam swój ukochany egzemplarz z autografem i pochłaniam ją wieczorami (tutaj muszę dodać: Dziękuję Aniu!). Jestem już bliska końcowej okładki więc niedługo recenzją tej pozycji podzielę się z wami na blogu.

 Korzystając z okazji chcemy również pogratulować ukochanemu Tatusiowi kolejnego sukcesu. Choć tym razem nie mieliśmy okazji kibicować, obiecujemy nadrobić. Tatku jesteś naszym mistrzem wędkowania i inspiracją do rozwijania naszych pasji. Niezmiennie od wielu lat dbasz i realizujesz się w swoim hobby. Tego nasz nauczyłeś i tak samo staramy się postępować w życiu. Mamy nadzieję, że małemu M. również razem pokarzemy jak to robić. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez wsparcia Mamusi, a twojej żony. Apel do kobitek: pamiętajcie, że pasje mężów trzeba wspierać i pomagać rozwijać, nawet jeśli nie do końca je aprobujecie. Mamo dziękuję, że pozwoliłaś mi próbować wszystkiego co chciałam.

 Rozpisałam się, podzieliłam zdjęciami i z pewnością o czymś zapomniałam. Lipiec był bardzo intensywny, ale równocześnie satysfakcjonujący. Ciekawi nas co wy robiliście, czy odwiedziliście ciekawe miejsca, czy w deszczowe dni przylepialiście nos do szyby i zaszywaliście się pod kołdrą? Muszę przyznać, że nam się zdarzyło. Po minionych dniach, wspominając te chwilę, czując oznaki zmęczenia, a czasem wyczerpania, wiem jedno: jestem szczęśliwa!

Drogi Lipcu: do zobaczenia za rok.

B.